Po co nam święta?

Dla wielu z nas Święta Bożego Narodzenia są bardzo wyczekiwanym okresem roku. Marzymy o ciepłej atmosferze, zapachu ulubionych potraw, światełkach na choince, prezentach i spotkaniach z bliskimi osobami. Nie wspomnę już o śniegu, który w ostatnich latach raczej nie dopisuje. Jednak nie wszyscy mają takie nastawienie do świętowania, są też i tacy, którzy nie czekają na ten czas, a nawet woleliby, aby jak najszybciej przeminął, bo nie mają dobrych wspomnień związanych ze świętami. Inni wręcz cierpią, bo doświadczają trudnych lub zerwanych relacji z rodziną, albo są samotni, gdyż ich bliscy odeszli lub żyją gdzieś daleko. Tak więc radość ze świąt może mieszać się ze smutkiem. Według badań psychologów dla wielu ludzi jest to jeden z najtrudniejszych okresów w roku, sprzyja popadaniu w depresję, a co bardzo smutne, nasila się liczba samobójstw w grudniu. Jeżeli tak jest, to chciałoby by się powiedzieć – po co nam te święta?  Szukając odpowiedzi na to pytanie, warto zacząć od tego, skąd wzięły się te święta w kalendarzu.

Boże Narodzenie to chrześcijańskie święto, które zostało ustanowione w IV wieku, dla uczczenia narodzin Jezusa Chrystusa. Papież Juliusz I oficjalnie ogłosił, że narodziny Jezusa będą obchodzone 25 grudnia, co stało się częścią kalendarza kościelnego. Wybór daty 25 grudnia miał symboliczne znaczenie, ponieważ przypadał w czasie zimowego przesilenia, kiedy dzień zaczyna się wydłużać. Nowe święto mogło zastąpić pogańskie obchody ku czci boga słońca, ale także symbolicznie podkreślało przyjście Chrystusa jako światła. Grudzień to miesiąc, kiedy dochodzimy do najkrótszego dnia w roku, w wielu miejscach na świecie szybko zapada ciemność. Pomimo tego, że mamy dużo sztucznego oświetlenia, to brakuje nam światła słonecznego, co wpływa na nasze gorsze samopoczucie. Chociaż sama różnie znoszę ten czas, to myślę, że jednak większym problem jest duchowa ciemność jaka panuje na świecie z powodu grzechu człowieka i oddzielenia od Boga. Wyraża się ona złem w postaci wojen, wszelkiej agresji, trudnych relacji między ludźmi, bólu, cierpienia i śmierci.

I właśnie z tego powodu potrzebujemy Jezusa, który przyjął postać ludzką, co wspominamy przy okazji Świąt Bożego Narodzenia, po to aby odkupić nasze grzechy, abyśmy mogli powrócić do relacji z Bogiem. W Ewangelii św. Jana 8,12 Jezus powiedział o sobie: Ja jestem światłem świata. Kto idzie za Mną, na pewno nie będzie błądził w ciemności, lecz będzie miał światło życia. Jeżeli chcielibyśmy doświadczyć tego światła w naszym życiu wystarczy przyjść do Jezusa, uznać swoje grzechy i uwierzyć w to, że Jego ofiara na krzyżu jest wystarczająca dla naszego zbawienia.

Może właśnie po to są te święta, abyśmy mogli pomyśleć o tym, jakie znaczenie ma dla nas osobiście Jezus. Za kogo Go uważamy, czy jest naszym Zbawicielem? Czy narodził się w naszym sercu? Adam Mickiewicz – narodowy wieszcz – napisał następujące słowa: „Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie”. Łatwo je zapamiętać i bez względu na to, gdzie i w jakim nastroju będziemy spędzać nadchodzące święta, niech staną się one dla nas  zachętą, aby zastanowić się nad potrzebą narodzenia się Jezusa w naszych sercach. Otworzenia się na światłość, która ma moc przemienić nasze życie i sprawić, że te święta nabiorą dla nas głębszego znaczenia. Dzięki obecności Jezusa w naszym sercu staniemy się zdolni do przebaczenia i budowania lepszych relacji.  

Pamiętajmy, że wcielenie Jezusa było wypełnieniem wielu proroctw Starego Testamentu, jedno z nich brzmiało: Lud chodzący w ciemności ujrzał wielkie światło; zabłysło ono nad mieszkańcami ziemi spowitej przez mrok (Ks. Izajasza 9,1).Tym zapowiadanym światłem jest Jezus, którego przyjście na świat będziemy wkrótce świętować.

Scroll to top