Psychologiczne zwiedzenie miłością…

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Mk 8,34)

Wzięta z psychologii zachęta do kochania siebie samego, to jedno z największych zwiedzeń współczesnego chrześcijaństwa. Co więcej, jest ona przewrotnie wyprowadzana z Pisma świętego, z wersetu: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Ci zwodniczy nauczyciele, którzy tak robią, mówią: „Widzisz, Biblia wyraźnie naucza, że zanim pokochasz bliźniego musisz nauczyć się kochać siebie”. Co za przewrotne kłamstwo…

Aby nie być gołosłownym przytoczę dwa cytaty z uznanych autorytetów „psychologii chrześcijańskiej”, którzy właśnie tak nauczają: „Miłość siebie samego jest miarą miłości bliźniego. Drugie przykazanie nakazuje nie tylko miłowanie bliźniego, ale także miłowanie siebie samego. Miłość siebie samego jest tak samo ważnym przykazaniem jak miłość bliźniego. Nie możemy pokochać bliźniego, jeśli najpierw nie pokochamy siebie samych”; „Miłość samego siebie jest warunkiem wstępnym oraz kryterium naszego postępowania z bliźnim. Jest miarą miłości innych, którą podaje nam Jezus. Widzimy, że Biblia potwierdza to, co niedawno odkryła współczesna psychologia: bez miłości siebie niemożliwa jest miłość do innych. Jezus zrównuje te dwa typy miłości i wiąże je ze sobą czyniąc nierozdzielnymi”.

Kłamstwo zostało wpuszczone, wzmocnione, a poradniki „psychologii chrześcijańskiej” na temat tego jak nauczyć się kochać siebie bardzo dobrze się sprzedają. Również różnorakie kursy i programy sprowadzające się do „kochania siebie” robią coraz większą furorę i zamieszanie wśród wierzących. To kłamstwo wchodzi już od dłuższego czasu do Kościoła… niszcząc wiarę i Kościół.

Słowo Boże absolutnie nie uczy, że musisz kochać siebie, aby kochać bliźniego… Wręcz całkowicie przeciwnie, zakłada, że kochasz siebie – a zachęca do takiego samego kochania bliźniego. Autorowi biblijnemu nawet nie przyszło na myśl, że trzeba zachęcać do „kochania siebie”. Tłumaczenie wersetu: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” w ten sposób, że jest tutaj napisane o miłości samego siebie przeczy nie tylko hermeneutyce biblijnej ale prostej zasadzie języka w rozumieniu tekstu pisanego. Całe Pismo od początku do końca zachęca do kochania Boga, a potem bliźniego. Pismo potwierdza, to co widzimy i doświadczamy każdego dnia –  że jesteśmy okropnymi egoistami skupionymi na sobie. Naprawdę nie potrzeba nam jeszcze bardziej umacniać tego egoizmu. W przykazaniu jest powiedziane aby „miłować bliźniego jak siebie samego”. Znaczenie jest oczywiste, to zachęta, aby kochać bliźniego, bo siebie samego każdy kocha i to aż zbytnio. To humanistyczne zwiedzenie narobiło i ciągle robi mnóstwo szkody w życiu wielu chrześcijan. Widzę wiele takich osób, które przez lata skupiają się na sobie… i skupiają się na sobie… i uczą się „zaakceptować siebie”… i doszukują się pochodzenia problemów w swoim dzieciństwie, w wychowaniu przez rodziców, i „uczą się kochać siebie,” dbać o siebie i ciągle są zagubieni a ich stan jest taki sam lub czasami z roku na rok nawet gorszy. Widzę tych ludzi tak bardzo pokaleczonych… Często polegają oni w swoim życiu na spotkaniach terapeutycznych z psychologiem. Żyją od spotkania do spotkania. W ten sposób poleganie na Bogu, zaufanie Bogu zostało zastąpione psychologią… lub psychologiem i zaufaniem do niego.

Jest jeszcze jedna dziwaczna nauka związana z miłością. Mówi się, że „Bóg kocha grzesznika a nienawidzi grzechu”. Cała historia biblijna pokazuje, że Bóg przeprowadza sąd nad grzesznikami… Co to znaczy, że „nienawidzi grzechu”? Czy grzech istnieje w oderwaniu od grzesznika? To bardzo naciągane, aby „usprawiedliwiać” ludzi, jakby oddzielić ich od grzechu i w pewnym sensie od odpowiedzialności za grzech… Jak oddzielić grzech od takich ludzi: „A dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką”. W jaki sposób Bóg kochał ludzi przed potopem, albo kochał zanurzonych w grzechu mieszkańców Sodomy i Gomory? Gdzie Biblia wspomina, że Bóg ich kochał?

A o grzeszniku… owszem coś mówi: „Bo Ty nie jesteś Bogiem, któremu miła nieprawość, złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę. Nieprawi nie ostoją się przed Tobą. Nienawidzisz wszystkich złoczyńców, zsyłasz zgubę na wszystkich, co mówią kłamliwie. Mężem krwawym i podstępnym brzydzi się Pan” (Ps 5, 6-7); „Bo Pan się brzydzi przewrotnym, a z wiernymi obcuje przyjaźnie. Przekleństwo Pana na domu bezbożnych, On błogosławi mieszkanie prawych” (Prz 3, 32 -33).

W obu wymienionych przeze mnie przypadkach takie psychologiczne podejście tylko rozbudowuje ludzki egoizm. Słowo Boże zaś wyraźnie pokazuje, że to egoizm jest głównym problemem człowieka, a nie receptą… Tak to spełniają się słowa: „A wiedz o tym, że w dniach ostatnich nastaną chwile trudne. Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, wyniośli, pyszni, bluźniący, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, bez serca, bezlitośni, miotający oszczerstwa, niepohamowani, bez uczuć ludzkich, nieprzychylni, zdrajcy, zuchwali, nadęci, miłujący bardziej rozkosz niż Boga. Będą okazywać pozór pobożności, ale wyrzekną się jej mocy. I od takich stroń” (2 Tm 3,1-5). Ludzie są coraz bardziej samolubni, a jeszcze praktyki „psychologii chrześcijańskiej” wzmacniają tą miłość siebie samego. Psychologia stała się „pozorem pobożności” – religią… Zastępuje prawdę o ludzkim grzechu i ratunku w Jezusie Chrystusie humanistycznymi diagnozami uzależnienia, dysfunkcyjnej rodziny, neurozy, traumy zagrzebanej w podświadomości… Proponując terapie odnowienia własnego ego, poprawiania własnej wartości, dbania o siebie, kochania siebie, pozytywnej samooceny… Słowo Boże okazuje się niewystarczające do tego, co jest potrzebne do życia i pobożności… Więź z Bogiem nie jest wystarczająca… Duch Boży mieszkający w człowieku, to zbyt mało, aby chrześcijanin mógł sobie poradzić z traumami i wyzwaniami współczesnego życia. Społeczność wierzących połączona więzami miłości – Kościół nic nie daje potrzeba więzi z psychologiem. Słowo Boże okazuje się zbyt słabym poradnikiem – potrzeba religii – „chrześcijańskiej psychologii”.

Na koniec dodam informacje, o których mówi się czasami nawet wśród psychologów i psychoterapeutów… ale tylko szeptem… Różne szkoły psychologiczne często nie mają wiele ze sobą wspólnego, a czasami są całkiem sprzeczne w swoich twierdzeniach. Opierają się zaś głównie na tradycji i wierze terapeutów i pacjentów w ich skuteczność. Tak smutne jest to, że chrześcijanie czerpią obecnie pełnymi garściami z psychologii… podczas, gdy sami psycholodzy przyznają, że ich metody mają bardzo wątpliwą skuteczność. Możemy znaleźć u psychologów takie stwierdzenia: „Pomimo rozwoju szkół terapeutycznych i farmakologii sukcesy w leczeniu i zapobieganiu zaburzeniom nastroju i zaburzeniom lękowym są znikome. Co gorsza, liczba diagnoz wzrasta. Moglibyśmy zadowoleni z siebie założyć, że to wynik coraz lepszej świadomości społecznej i dostępności do specjalistycznej pomocy, ale samozadowolenie pryska, gdy spojrzymy na wzrost liczby samobójstw na przestrzeni ostatnich 20 lat”[i]; „Nauki społeczne, w tym psychologia, często tylko naśladują metodologię dyscyplin przyrodniczych – np. fizyki, chemii czy biologii. Przedstawiciele nauk społecznych gromadzą dane, projektują badania i często wydaje im się, że uprawiają poważną naukę. Tymczasem w wielu przypadkach budują tylko atrapy. Główny zarzut Feynmana był bowiem taki, że niewiele z tych nauk, poza produkcją teorii i publikacji, wynika. Że psychologia nie przyczynia się do rozwiązywania realnych problemów, np. przestępczości, obniżającego się poziomu edukacji, wzrastającej liczby samobójstw itp.”[ii] Co ważniejsze -„Faktycznie co najmniej 10 proc. wszystkich pacjentów terapeutycznych doświadcza negatywnych skutków, a 5 proc. pacjentów terapeutycznych uznaje je za skutki trwałe. Najczęściej występujące to pogorszenie stanu pacjenta i pogłębienie symptomów, z którymi trafił na terapię. Zaliczyć do nich należy również negatywne zmiany osobowości, takie jak wzrost neurotyzmu, nasilenie chronicznego stresu, stany depresyjne, obniżenie samooceny i sumienności. W efekcie psychoterapii pojawić się może wzrost spożycia alkoholu i innych substancji psychoaktywnych, zwiększenie poczucia bezradności, nasilenie lęku i złości. Ponadto może nastąpić pogorszenie funkcjonowania w rodzinie i otoczeniu społecznym, a w skrajnych przypadkach psychoterapia doprowadzić może nawet do samobójstwa”[iii].

Nie dajmy się zwodzić drodzy Bracia i Siostry!

Pastor Robert Boryczka

Ps. (2024-02-15)

Artykuł powyższy napisałem w stanie wzburzenia i złości… Było kilka powodów, że zacząłem sobie przypominać różne kontakty z psychologami/psychoterapeutami. Patrząc wstecz, czasami zachęcałem do terapii ludzi z Kościoła. Niestety wiele tych terapii miało złe następstwa. Często psychoterapeuci kładli bardzo duży nacisk na dbanie o siebie, troszczenie się o siebie i akceptowanie siebie, kochanie siebie (wg mnie, to zupełnie nie Boży sposób rozwiązania). Były wypadki, że z tego powodu kochania siebie rozwiązaniem podsuwanym przez terapeutów była zachęta do rozwodu… a nie były to przypadki zdrady czy przemocy. No a obecnie niektórzy psychoterapeuci zachęcają do akceptacji zachowań homoseksualnych oraz zmian płci…

Z drugiej strony, po kilku rozmowach z osobami z Kościoła, których dotknęła treść artykułu i poczuły się niesprawiedliwie osądzone – przyznaję, że „nie można dziecka wylewać z kąpielą”. Przepraszam za zbyt jednostronne potraktowanie tematu! Psychoterapia pomogła tym osobom poukładać sobie niektóre sprawy w życiu i poradzić sobie z różnymi zranieniami psychicznymi. Niestety Kościół (wspólnota) nie pomogła, ale pomogli ludzie z zewnątrz, którzy potrafili zadać odpowiednie pytania i „płakać z płaczącymi”. Czasami zaś Kościół, czy ludzie z Kościoła wzmacniali tylko problem i zadawali ból… A co gorsze, niekiedy powodem problemów psychicznych byli właśnie ludzie z Kościoła, ludzie „wierzący”.

Problem jest więc złożony… Z wielkim bólem uświadamiam sobie, i jest to jakaś straszna tragedia, że mamy w Kościele coraz częściej do czynienia z czymś takim jak „nerwica eklezjogenna” (zaburzenie psychiczne wynikające z przekonań religijnych). Kościół przecież wg zamierzeń Chrystusa ma być miejscem uzdrowienia…


[i] Maria Kaczorowska, Więcej niż brak zdrowia, Newsweek, PSYCHOLOGIA, wydanie specjalne, 3/2023

[ii] Marcin Rotkiewicz, Kapłani kultu cargo, Polityka 17-18.2013 (2905) z dnia 23.04.2013; Nauka.

[iii] Tomasz Witkowski, Bujany fotel z wachlarzem. Skąd wiemy, czy psychoterapia w ogóle działa? https://krytykapolityczna.pl/nauka/psychologia/witkowski-bujany-fotel-z-wachlarzem-skad-wiemy-czy-psychoterapia-w-ogole-dziala/

Scroll to top