Minie niedługo czterdzieści lat od tego dnia, gdy uwierzyłem – zaufałem Bogu. Żona czasami zadaje mi pytanie: „Dlaczego wierzę?”. Wtedy zwykle odpowiadam: „Wierzę, bo tylko On – Bóg jest moją jedyną nadzieją na tym świecie”. Teraz jednak chcę się chwilkę zastanowić, aby pełniej odpowiedzieć. Kiedy o tym myślę, to widzę, że moja wiara nie była i nie jest tylko intelektualną decyzją. To coś więcej – to duchowa sprawa, chociaż jakoś związana z intelektem i wiedzą. Tylko, że jeśli chodzi o wiedzę, to raczej chodzi o wiedzę nie z tego świata. Pamiętacie, Pan Jezus mówił o „uszach do słuchania” i „oczach, które widzą” – co świadczy o tym, że potrzebujemy duchowych oczu i uszu, aby odebrać duchowe prawdy.
To otwieranie przez Boga duchowych oczu i uszu było u mnie procesem. Pierwszy impuls otrzymałem, gdy miałem pięć lat. Była to śmierć dwudziestoletniego człowieka – sąsiada z którym spędzałem dużo czasu na zabawie. Któregoś dnia zobaczyłem go sinego i martwego w trumnie. Od tego momentu zacząłem bać się śmierci. Wyobrażałem sobie, jak rozpływam się w nicość. Z czasem uspokoiłem się. Jednak w wieku czternastu lat zobaczyłem martwego dziadka. Wrócił strach przed śmiercią. Wyobrażałem sobie swoją śmierć, gdy rozpływam się w nicości. Płakałem w poduszkę z bezsilności, świadom już, że nie ma ucieczki. Modliłem się na grobie dziadka wołając: „Boże jeśli jesteś, daj mi zrozumieć sens życia!”.
W tym czasie kościół, nabożeństwa były po prostu nudne dla mnie. Nie dawało mi to żadnych odpowiedzi. Bóg wydawał się odległy, nieprzystępny, surowy. Sięgnąłem po Biblię, ale nic nie rozumiałem i zniechęciłem się.
Dużo czytałem: książki przygodowe, historyczne i w końcu fantastykę. Fantastyka pochłonęła mnie. Traktowałem opowiadania i książki fantastyczne jako poszukiwanie sensu istnienia, sensu życia. Nie znajdowałem jednak zadowalających odpowiedzi, chociaż coraz bardziej wydawało mi się, że musi istnieć coś więcej niż ten świat pełen przemocy, walki, chorób, śmierci. Musi istnieć też Bóg, który w jakiś sposób za tym wszystkim, co istnieje stoi. To co istnieje i skala tego, co istnieje przemawiało do mnie, że tak właśnie jest. To nie zaczęło istnieć samo z siebie. Poza tym, Bóg powinien być dobry. Chyba też Bóg powinien chcieć mieć kontakt ze swoim stworzeniem, z nami ludźmi. Coś musiało się stać, pójść nie tak, że żyjemy w takim nędznym świecie. Musi być jakiś sens tego wszystkiego i jakaś nadzieja na zmianę na lepsze. Nie może być tak na zawsze.
Jakiś czas później na 500-lecie urodzin Marcina Lutra przeczytałem artykuł o nim. Zapadły mi w pamięci słowa: „sprawiedliwy z wiary żyć będzie” oraz idea zbawienia z wiary nie z uczynków. Gdy przyszli do mnie ludzie z ewangelią i zapytali mnie: „Kim jest dla ciebie Jezus Chrystus?”. Odpowiedziałem niespodziewanie dla siebie samego: „Bogiem i Zbawicielem”, pomimo, że uważałem do tej pory, że jest mitem i nie widziałem sensu Jego śmierci i cierpienia. Inną myśl, która była w pewien sposób zaskakująca to werset z Listu do Efezjan potwierdzający to, co czytałem w artykule o Lutrze.: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. (…) nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił”. Ha… Nagle wszystko zaczęło się układać. Jezus Chrystus umarł na krzyżu jako ofiara za moje grzechy. Wierząc Mu, przyjmując niejako tą Jego ofiarę za siebie jestem zbawiony. Zbawiony z łaski przez wiarę, nie z uczynków. Jezus też zmartwychwstał, przez co potwierdził kim tutaj na ziemi był, kim jest, oraz jest to też dowód na to, że ja będąc połączony z Nim zmartwychwstanę…
Pamiętam jak sam byłem zaskoczony, gdy jakiś miesiąc później po tej rozmowie na temat ewangelii, wracałem właśnie ze spotkania na którym w modlitwie wyraziłem swoje zawierzenie Chrystusowi, spotkałem kolegę i powiedziałem do niego z przekonaniem: „Jestem już zbawiony, bo należę do Chrystusa”. Nikt mi tego nie udowadniał… Kolega był zupełnie zdziwiony: „Jak możesz wiedzieć? Jak możesz tak mówić?” A ja po prostu wiedziałem. To musiało być coś ponadnaturalnego.
Zacząłem czytać i rozumieć Słowo Boże. Oczywiście niektóre rzeczy były (i ciągle są) niezrozumiałe, lecz coraz bardziej wyłaniał się sens wszystkiego, sens istnienia człowieka, sens mojego istnienia. Zacząłem rozumieć jak to się stało, że świat jest w takim kiepskim stanie… stanie agonalnym. To człowiek sam wybrał taki stan, przestając ufać Bogu i odwracając się od Niego. Pan Bóg jednak w swej miłości ciągle podejmował wysiłki, aby człowiek wrócił. Aby odzyskał to powołanie, do którego został stworzony i przeznaczony. Aby odzyskał zniekształcony „obraz Boży” i zyskał „podobieństwo Boże”, i w ten sposób powrócił do funkcji zarządcy tego widzialnego świata w imieniu Boga. Dlatego Jego Syn przyszedł z tego niewidzialnego świata, żył na ziemi jako człowiek. Objawiał to, jaki jest Jego Ojciec – Bóg, i objawił, jaka jest nadzieja dla każdego człowieka. Stał się ofiarą za moje i twoje grzechy umierając na krzyżu. Zmartwychwstał i zasiadł po prawicy Ojca. Stworzył Kościół (zgromadzenie wybawionych przez Niego ludzi) jako narzędzie swego świadectwa miłości i pojednania. Jeszcze raz przyjdzie w chwale na ten świat, aby zakończyć jego istnienie w takim stanie. Nastąpi powszechne zmartwychwstanie i ludzie zostaną osądzeni. Ci, co nie znajdą się zapisani w „księdze życia” będą mieli udział w „jeziorze ognia”. Nastanie nowe niebo i nowa ziemia. I Bóg będzie z nami.
A więc wierzę, bo Bóg mnie dotknął swoją łaską – odpowiedział na moje poszukiwania (to jest duchowy aspekt trudny do przekazania, i chyba ten aspekt jest najważniejszy). Wierzę, bo widzę, że jedynie Jezus Chrystus dokładnie świadczył o swoim Ojcu czynem i słowem (nie widzę w historii ludzkości nikogo drugiego takiego). Wierzę, bo tylko Jezus Chrystus zmartwychwstał jak zapowiedział i zostawił obietnicę dla tych, co uwierzą, że będą z Nim na wieki (On był pierwszy ze zmartwychwstałych, i jedynie On jest realną nadzieją na moje zmartwychwstanie, na życie wieczne). Wierzę, bo nie ma innego sensownego wytłumaczenia zaistnienia tego świata jak tylko takie, że został stworzony przez Boga (wszystko inne, to spekulacje donikąd nie prowadzące, ani nic nie wyjaśniające). Wierzę, bo widzę sens w dziejach świata, i wizję końca, gdy czytam Pismo święte. Jest to dla mnie intelektualnie spójny obraz. Widzę sens mojego życia, doświadczeń i służby; Jego działanie przeze mnie i we mnie; Jego współdziałanie w pracy nad moim uświęceniem. Wierzę, chociaż mój rozum nie do końca wszystko ogarnia, a moje uczucia nie ze wszystkim sobie radzą (mam chwile zwątpienia). Moje życie z Jezusem utwierdza mnie, że jest On godny wiary i zaufania. W końcu odpowiem słowami Piotra apostoła: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga» /Jana 6,68-69/.
Robert Boryczka (pastor)